Bartosz Nowakowski

Jacek Walczak: W tym roku dotknął nieba

Jacek Walczak: W tym roku dotknął nieba
Bartosz Nowakowski

Jacek Walczak, mieszkaniec Skierniewic, jest masażystą w Team Sky. Dołożył cegiełkę do tegorocznego zwycięstwa w Tour de France.

Jacek Walczak liczy spokojnie w pamięci... - Tak, nie było mnie w domu 195 dni w tym roku. Ale jedno mogę przyznać z pełną odpowiedzialnością: to był magiczny rok - mówi masażysta, dla którego spełniło się jedno z największych marzeń.

Jest członkiem Team Sky, jednej z największych ekip kolarskich na świecie, w której jeździ Chris Froome, tegoroczny zwycięzca Tour de France.

Jeśliby porównywać świat kolarski do świata piłkarskiego to ekipa Team Sky jest takim Realem Madryt, Barceloną albo Bayernem Monachium. Słowem najwyższa światowa klasa.
W takim otoczeniu pracuje Jacek Walczak, który w ostatnim czasie jest bardziej gościem niż mieszkańcem Skierniewic.

Kolarstwo ponad wszystko
Od zawsze Jacek Walczak był uzależniony od ruchu. - Późno chodziłem spać, a jeszcze wcześniej wstawałem - śmieje się opowiadając o swoim dzieciństwie. - Uważam, że teraz brakuje tego dzisiejszej młodzieży, która jest skupiona na komputerach i smartfonach. Aktywne spędzanie czasu nie jest dziś atrakcyjne - kontynuuje.

Kolarstwo to kolejna pasja od najmłodszych lat, którą w Jacku Walczaku zaszczepił jego ojciec. Choć były też inne dyscypliny, które czasem pojawiały się ciut na siłę. W peletonie jeździł do 2002 roku. Nadszedł moment, kiedy musiał podjąć życiowe decyzję. Wpadł na pomysł ukończenia kursu masażysty.

Mejl w ramkach
I tak rozpoczęła się jego kariera masażysty. Pomagał w CCC Polkowice, ale także w Polskim Związku Kolarskim. Zagraniczne zdobywanie kolarskiego świata rozpoczął w zespole NetApp. Dobre referencje wystawił Bartosz Huzarski, kolarz NetApp (aktualnie grupa nazywa się Bora-Argon).

- To Bartosz polecił mnie i tak zacząłem funkcjonować - wspomina Jacek Walczak.

Masażysta stawiał sobie dalej ambitne cele. Sam zgłaszał swoje zainteresowanie do Team Sky, jednak na początku nie było żadnego odzewu.

Po pewnym czasie niespodziewanie na horyzoncie jednak pojawiła się szansa.

- Musiałem pokazać się z jak najlepszej strony. Team Sky zaprosił mnie na ubiegłoroczny Tour de Pologne, abym zaprezentował swoje możliwości. Po wszystkim przyznali, że są zachwyceni moimi umiejętnościami - wspomina Jacek Walczak.

Kiedy masażysta miał już prawie kontrakt w kieszeni okazało się, że droga nie jest tak usłana różami. „Negatywny bagaż” sprezentowali Polacy, o których Jacek nie chce wspominać. Na szczęście sprawę uratował niemiecki menedżer, który wystawił pozytywne referencje.

- Obiecałem sobie, że tego mejla z referencjami wydrukuję i oprawię w ramki - dodaje Jacek Walczak.

Moc perswazji Dave'a
Praca w Team Sky to też wielkie wyzwanie. - W zespole wszystko jest poukładane. Dave Brailsford dba o wszystkie szczegóły. O najmniejsze detale, które mogą zaważyć na zwycięstwie – przyznaje Jacek Walczak.

Brytyjczyk, główny menedżer ekipy Team Sky, uznawany jest za innowatora, podając publicznie swoje pomysły. Jednym z nich jest choćby wprowadzenie wielkich kontenerów (na wzór Formuły 1), gdzie kolarze mogliby przebywać tuż po zakończeniu etapu. Słowem nie musieliby korzystać z hoteli.

- Dave wychodzi z założenia, że człowiek marnuje strasznie dużo energii na poznawanie nowego otoczenia. Musi się przyzwyczajać do ścian, łóżka, wszystkiego wokół – opowiada masażysta.

Jednak UCI (Międzynarodowa Unia Kolarska) nie zgodziła się na taki pomysł i jak na razie w peletonie z bazami hotelowymi wszystko pozostaje po staremu.

Lecz podczas tegorocznego Tour de France, Team Sky i tak zastosował jedną z nowości. Otóż kuchnia od samego początku do samego Paryża jeździła z ekipą. W specjalnym kontenerze znajdowało się wszystko, czego potrzebowali kucharze.

- To jest niesamowite, ale kiedy posłucha się Brailsforda i jego pomysłów to od razu w człowieku powstaje uczucie, że to musi się udać – dodaje Jacek Walczak.

Od nowego sezonu reprezentacja Polaków powiększy skład w Team Sky, do którego dołączy dwóch kolarzy: Michał Kwiatkowski, ubiegłoroczny mistrz świata, a także Michał Gołaś. W brytyjskim zespole od początku pojawiły się żarty, że po roku pracy Jacka za chwilę pojawią się następni Polacy. Przepowiednia się sprawdza.

Średnio sześć godzin snu
Jacek Walczak z niezwykłą pasją opowiada o lipcowym Tour de France. W jego karierze to już druga przejechana „Wielka Pętla”. Ale tegoroczna była niezwykle magiczna. Przede wszystkim ze względu na zwycięstwo Chrisa Froome'a. Na tę wygraną musiała pracować cała ekipa.

Dosłownie każdy ma wyznaczone zadania, z których musi się wywiązać. - W zespole pracują osoby, które zajmują się harmonogramem każdego: kolarza, kucharza, masażysty, kierowcy. Doskonale wiedziałem, co muszę zrobić kolejnego dnia. Nie istnieje słowo „przestój”, ale także „nie mogę tego zrobić” - dodaje Jacek Walczak.

Zatem, jak wyglądał etapowy dzień skierniewickiego masażysty? - Nie pamiętam, żebym wyszedł z hotelu później niż siódma rano. Szybkie śniadanie, pakowanie asortymentu z hotelu. Następnie to przygotowanie wafli ryżowych, a także prowiantu dla kolaży. Kiedy zawodnicy udają się na start, my szybko kierowaliśmy się w kierunku kolejnego hotelu – wylicza polski masażysta.

Baza hotelowa niejednokrotnie bywa zmorą. Pokoje często są za małe. Poza tym, kiedy ekipa wpada do hotelu robi swoistą rewolucję.

- Każdy kolarz ma swój materac, specjalną poduszkę. Często robimy też przemeblowanie, ponieważ w pokojach mamy za mało miejsca na masaż, a nie możemy wykonywać takich spraw w korytarzu. Dlatego nie raz zdarzyło się, że kładziemy chociażby łóżko na łóżko, aby móc wystawić swój sprzęt – wspomina Jacek.

Masaże odbywają się tuż po zakończeniu etapu. Każdy z zawodników ma swoich ulubionych masażystów, którzy przychodzą na sesję, a ta nie może trwać krócej niż 45 minut, a dłużej niż godzina. Potem wspólna kolacja. W łóżku nie był wcześniej niż północ.

Holenderski żartowniś
Do Jacka Walczaka najczęściej przychodzą Nicolas Roche, a także Wout Poels. Polak bardzo ciepło wypowiada się o Holendrze.

- Wout jest chyba największym żartownisiem zespołu, nie ma takiego dnia, żeby nie odwalił jakiegoś kawału. Jak przychodzi na masaż to zawsze jest śmiesznie – wspomina Jacek Walczak.

Masażysta dodaje, że Wout w całym wyścigu dobrze wpływał na grupę, ale nie zapomni jednej historii, która jego zdaniem miała kluczowe znaczenie w zwycięstwie. Wszystko, działo się na przedostatnim etapie, gdzie czekał sławetny podjazd pod Alpe d'Huez. Wzniesienie potocznie nazywane jest „holenderską górą” ze względu na setki holenderskich kibiców, którzy żywiołowo dopingują kolarzy podczas wyścigu.

W tym roku Froome nie był mile przyjmowany przez obserwatorów, dlatego rola Wouta była tutaj nieoceniona, który przepychał się przez pióropusz holenderskich kibiców, holując za sobą Froome'a.

- To był takim tłum, że nie sposób tego ocenić. Poza tym mnóstwo kibiców było nam nieprzychylnych. Jechałem wtedy w jednym z aut technicznych. Leciało w nas wszystko, kubki plastikowe z piwem, butelki. Kiedy zatrzymywaliśmy się na serpentynach, podbiegali do samochodu i bujali nim – opowiada z fascynacją Jacek Walczak.

Gwiazdy w podniebnym składzie
- Na początku roku podczas jednego ze zgrupowań masowałem Froome'a, to jest niezwykle skromny człowiek. Nie gwiazdorzy. Zna takie słowa jak „dziękuję”, „przepraszam”. Poza tym ma niesamowite opowieści ze swojego dzieciństwa. Wychowywał się w Kenii i jedną z nich jest historyjka jak ze swoimi kumplami skakali do rzeki, gdzie przebywały krokodyle – śmieje się Jacek Walczak.

Zupełnie na drugiej stronie firmamentu gwiazd stoi Bradley Wiggins, który jak na razie pożegnał się z szosą. Brytyjczyk miewa swoje humory.

- Potrafi po treningu zostawić rower na parkingu, nie przejmując się za bardzo, co z nim dalej będzie się działo – mówi krótko Walczak.

Mieszkaniec Skierniewic liczy, że w nadchodzącym sezonie będzie jeszcze ciekawiej przy boku polskich kolarzy. Żartów na pewno nie zabraknie, ale czeka też ciężka praca.

Czeka na kolejną karuzelę

Teraz skierniewiczanin korzysta z uroków wolnych chwil. Dlatego, ile tylko może przebywa z rodziną i z najbliższymi. Na pewno nie narzeka na nudę.

- Od grudnia znów rusza karuzela - kończy masażysta, który czeka już na sezon, wierząc, że znów pojedzie na kolejny magiczny Tour de France.

Bartosz Nowakowski

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

tygodnikits.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2020 Polska Press Sp. z o.o.